Przez Amerykę

Autor: Michał Tołoczko - podróżnik
Droga z Yellowstone do Salt Lake City mija nam dużo łatwiej niż dwa dni wcześniej w kierunku odwrotnym. Może to zasługa towarzyszących Nam pasm górskich na wierzchołkach pokrytych śniegiem i grubą warstwą chmur – w kierunku, których zanurzamy swoje myśli. Nie przeszkadza również gęsto padający deszcz, który towarzyszy Nam aż do urokliwego miasteczka Jackson. Miasteczko to od samego początku zrobiło na Nas ogromne wrażenie. Jest stolicą hrabstwa Teton w stanie Wyoming. Nazwa miasta powstała w 1829 roku od nazwiska trapera Davida E. “Davey” Jacksona, dla którego cała dolina Jackson Hole była ulubionym terenem łowienia bobrów. Jest najbliżej położonym miastem prowadzącym do Parku Narodowego Grand Teton, przez który przejeżdżaliśmy i dalej do południowego wjazdu Parku Yellowstone, z którego wyjechaliśmy, co sprawia że przez miasto przejeżdżają co roku miliony turystów. Ponadto w pobliżu miasta leży Narodowy Rezerwat Jeleni (National Elk Refuge) oraz resort narciarski Snow King, znany także pod nazwą Jackson Hole Mountain Resort.

IMG_1711

IMG_1713IMG_1717IMG_1721

Miasteczko to, mające w swoich szeregach 10 tys. mieszkańców wytwarza tak miłe wibracje, że aż nie chce się wyjeżdżać z niego. Niestety goni Nas czas. Zjadamy Naszą pierwszą amerykańską pizzę w małej włoskiej knajpce i wyruszamy dalej. Do hotelu Metropolitan w Salt Lake City dojeżdżamy późno w nocy, mocno padnięci. Pierwsze, co odczuliśmy to zmiana klimatu. Deszczowo, wilgotne powietrze towarzyszące nam od Yellowstone zamieniło się w gorące już w samym mieście Mormonów. Szybko załatwiamy sprawy papierkowe w recepcji hotelu, decydując się również na zmianę naszych dalszych planów. Zamiast pozostać 2 noce w wyżej wymienionym miejscu i wyruszyć z rana w kierunku Parku Narodowego Zion, decydujemy się pozostać jedną noc i kierować się nie mając zakwaterowania w kierunku południowo-wschodnim do miasteczka Moab i Parku Narodowego Arches.
Wstajemy wczesnym rankiem, zjadając kolejne „słodkie śniadanie” i robiąc „check out” w hotelu. Przed Nami kolejna wielogodzinna droga, utrudniona jeszcze bardziej brakiem załatwionego noclegu, ale i to nie przeraża grupy ludzi, która liczyła się z tym przyjeżdżając do USA. Kolejna Nasza długa trasa rożni się od tej Yellowstonowskiej. Kolory ziemi robią się coraz bardziej czerwone a temperatury wyższe niż na północy. Po kilku godzinach jazdy zaczynają pojawiać się przedziwne wytwory skalne, które potrafią uruchomić ludzką wyobraźnie. I tak dojeżdżamy do kolejnego Parku o nazwie „Arches Park”, mówiąc potocznie – Parku Łuków.
Początkowo odgrywający dla Nas mało istotną rolę park, staje się jednym z najpiękniejszych miejsc jakie widzieliśmy na zachodzie USA. Cała paleta barw krajobrazu, kształty formacji skalnych są tak niesamowite, ze ciężko odwrócić wzrok. Wyobraźnia ludzka szuka w swoich zakątkach nazw dla każdej napotkanej w dziwnym kształcie skały. Moja okazała się nie mniej bogata. Widziałem: faraona, leżącego UFO-ludka, stado słoni, trolla.

DSC_0411

DSC_0421
Dopiero dochodzi do Nas, że wszystko co obserwujemy uczyniła natura niczym malarz na płótnie. Wszystkie te skały ukazują długą historie naszej planety oraz nieskazitelną „wolność”.

Wkońcu decydujemy się na dwu godzinny szlak, którego punktem kulminacyjnym był jeden z najwspanialszych łuków skalnych jaki wytworzyła natura. Nasz wysiłek nie poszedł na marne. Wszystko co widzieliśmy po drodze zostanie w Naszej pamięci do końca życia. Od wielobarwnych wzgórz DSC_0431DSC_0434
aż po wielkość, barwę, kształt i usytuowanie samego łuku o nazwie Delicate Arch. Można byłoby patrzeć na niego godzinami. Wtopiony w tło zielono – czerwonych wzgórz był niczym pocztówka lub impresjonistyczny obraz.

DSC_0450
Jednak wszystko co dobre musi się skończyć. Odwracamy się w jego kierunku jeszcze wielokrotnie, kierując się w stronę Naszego pojazdu. W miejscach takich jak to czas mija w mgnieniu oka. Zaczyna dochodzić do Nas myśl, ze nie mamy noclegu. Pomysły przetrwania nocy są różne: auto, namiot, motel. Wkońcu trafiamy do miasteczka Moab, gdzie po szybkiej kawie decydujemy się, uwzględniając wszelkie ryzyko nadejścia ciemności przedostać do kolejnego miejsca na Naszej bogatej liście – Monument Valley. Podróż znów długa, noc nadchodzi z szybkością biegu stumetrowca. Zaczynamy zastanawiać się czy podjęte przez nas ryzyko znalezienia noclegu w ostatniej chwili opłaci się. Tak po kilku godzinach jazdy trafiamy do miejscowości Mexican Hat, oddalonej chwile od Doliny Trzech Monumentów. Tutaj trafiamy na bardzo tani motel w przyzwoitych warunkach. Kto by się spodziewał , że uda się naszej 4 znaleźć miejsce do spania „ Na końcu Świata”. Cześć załogi postanowiła uczcić ten dzień szklaneczką Jim Beama. Nocleg ten pozwolił, że wstając bardzo wcześnie rano zobaczyliśmy wschód słońca w Dolinie Monument Valley.

Nazwa tego miejsca od zawsze przyciągała mnie jak magnes metal. Na własne oczy mogliśmy zobaczyć miejsce wykorzystywane w filmach takich jak: westerny Johna Forda, Forrest Gump czy też najnowsza część filmu Transformers – Wiek Zagłady. Wstaliśmy o piątej rano, aby wraz z unoszącym się słońcem przywitać „bajeczne miejsce” w rezerwacie Indian Navajo. Zaparkowaliśmy samochód na poboczu i z dużym podnieceniem czekaliśmy na pierwsze promyki słońca. Gdy nadeszła oczekiwana chwila ku naszym oczom ukazały się 3 magiczne skały, które wyglądały jak 3 budynki postawione na pustyni. Wyglądają one jak zaprojektowane, odpowiednio przycięte, których barwa zmieniała się wraz z unoszącym się coraz wyżej słońcem. Mimo, że to tylko skały, patrzeliśmy na nie jak na występ aktora na deskach Teatru Wielkiego. Postanowiliśmy również w tak wspanialej scenerii zrobić sobie śniadanie na kocu patrząc na coraz bardziej czerwieniące się skały.

DSC_0515DSC_0532DSC_0539

Patrzyliśmy na monumenty z dobre 2 godziny, aż w końcu najedzeni wyruszyliśmy w drogę, aby obejrzeć pozostałe cuda natury, które znajdowały się na terenie Indian. Na pewno należało do nich Horseshoe Bend. Potężna rzeka Colorado swoją mocą płynącej wody wyrzeźbiła korytarz przypominający kształtem podkowę. Skała, z której oglądaliśmy mieniącą się w wielu odcieniach wodę rzeki Colorado była tak wysoka, że płynąca po rzece łódka miała wielkość główki od szpilki.

DSC_0575

Jeszcze w głowie nie poukładaliśmy sobie emocji związanych z Monument Valley i Horseshoe Bend a już 15 mil dalej mieliśmy do czynienia z kolejnym „prezentem” od Matki Natury. Dzięki pomocy Indian oraz ich samochodów terenowych dotarliśmy do Kanionu Antylopy. Miejsce, które zupełnie nie rzucało się w oczy w swoim wnętrzu zawierało niesamowite kolory i kształty niczym jajko z niespodzianką. Każde zrobione tam zdjęcie mogło by służyć jako wygaszacz ekranu na naszych komputerach. Do uzyskania tegoż wszystkiego przyczyniła się woda, wiatr i temperatura. Rezultaty są oszałamiające, a przy odrobinie wyobraźni można poczuć się jak w bajce z 1001 nocy.
DSC_0606DSC_0620DSC_0702
Kanion Antylopy był dla Nas niczym innym jak chodzeniem po obcej planecie, wyprawą do wnętrza Ziemi. Jakbyśmy teleportowali się do obcego rasie ludzkiej wymiaru. Gra świateł, kształtów, cieni – po prostu inny Świat. Nie myśli się o problemach dnia codziennego, tylko pozwala się zatracić w tym co widzi się przed swoimi oczami.
Naszpikowani emocjami obecnego dnia, jak również presją czasu zdecydowaliśmy się dojechać jeszcze do Grand Canyon. Dystans był dość długi i z obawą zerkaliśmy na mijający czas. Groziło Nam, ze jedno z najwspanialszych miejsc na Ziemi ujrzymy późną nocą. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę, ale miejsca które widzieliśmy od rana: Monument Valley, Horseshoe Bend i Kanion Antylopy połechtały jedynie Nasze wyobraźnie. Dodatkowo jeden z członków wyprawy zaczął mieć problemy zdrowotne. Wszystkie te czynniki spowodowały, że z obawą oczekiwaliśmy rezultatu naszego pospiechu, jak skazaniec przed wykonaniem wyroku. I tak mijały kolejne godziny: kolejna mila, spojrzenie na zegarek, zerkniecie na słońce, czy aby nie ma ochoty schować się za
horyzontem. …W końcu dostrzegamy, że krajobraz zaczyna ulegać metamorfozie. Zaczynamy podjeżdżać samochodem w coraz to wyższe tereny, ciśnienie częściej zaczyna zatykać uszy a barwy zieleni robią się coraz głębsze. W końcu dostrzegamy informację, że dojeżdżamy do Grand Canyon National Park. Robimy szybkie zdjęcie

IMG_1896

i wyruszamy na poszukiwania najbliższego punktu widokowego. Emocje dosięgają zenitu. Za chwile przed Naszymi oczami ujawnią się miliony lat historii Naszej planety. Gdzieś w głębi zadajemy sobie pytanie, czy widok, który zobaczymy przed oczami spełni Nasze wymagania, czy sprosta Naszym wyobraźniom…i oto jest….przez parę chwil nie jesteśmy w stanie wydusić z siebie żadnych słów, po prostu patrzymy zapominając o Bożym Świecie, zastanawiając się jak to wszystko zostało stworzone przez naturę….czy my właśnie jesteśmy w Niebie?

DSC_0733
DSC_0722

Nawet przez chwilę nie jesteśmy w stanie oderwać wzroku. Nawet w sklepie z pamiątkami, który mieści się obok, przez jego okno zerkamy na obłędny widok. Nie potrafimy zebrać myśli. Wkońcu pada decyzja, ze podjedziemy jeszcze kilka mil na najbardziej wysunięty punkt na południu Grand Canyon aby złapać na nim zachód Słońca. Wsiadamy czym prędzej do samochodu i wyruszamy ponownie walcząc z czasem, żeby nie stracić piękna tego miejsca. Cala droga do zamierzonego punktu otoczona była przepięknym lasem. Czysta zieleń, różnokształtne drzewa, a pomiędzy nimi widać było dzikie sarny i jelenie. Ubierając wszystko w jedno słowo- istny „Raj”. Droga strasznie Nam się dłuży. Zerkamy na Słońce przez szybę naszego samochodu i widzimy jak robi się coraz bardziej pomarańczowe, obniżając swój lot. Wkońcu z utęsknieniem zauważamy znak poszukiwanego miejsca. Wysiadamy czym prędzej z samochodu, żeby nie stracić ani chwili, minuty, sekundy, którą to można wykorzystać na jeszcze jedno zdjęcie lub chwile kontemplacji. Znowu było warto… Widok jeszcze piękniejszy niż z poprzedniego miejsca- jeszcze bardziej dziewiczy. Jest dużo miejsca żeby w spokoju usiąść sobie i w spokoju pomyśleć o wszystkim.

IMG_1919IMG_1921

Dodatkowo trafiliśmy z pogodą i wspaniałym zachodem Słońca. Emocje jakie Nam towarzyszyły podczas tych kilkudziesięciu minut są nie dopisania. Tego nie da się ubrać w słowa. Trzeba pojechać i poczuć, co chce przekazać nam Matka natura. Nawet pisząc relacje z tej podroży na nowo przeżywam te chwile i emocje, które towarzyszyły mi w tym miejscu. Wiem, ze jeszcze przede mną wiele takich miejsc na Świecie, choćby Wodospady Victorii czy Nowa Zelandia – ale Grand Canyon, jego barwa podczas zachodu słońca będzie towarzyszyć mi do końca moich dni!!!

DSC_0730DSC_0731
DSC_0737
DSC_0750

blog comments powered by Disqus